Ostatnio dużo czytam o minimalizmie ubraniowym, o szafie na detoxie pisze Gosia Boy TU. W skrócie – klasyka i jakość.
Albo minimalizm z innej strony – ograniczmy się. 7 ubrań na 7 dni, okrycia wierzchnie i dodatki nie liczą się. Ograniczmy się bardziej – 15 sztuk ubrań na miesiąc. To zadanie realizuje Kasia ze znanego Wam pewnie bloga Simplicite.pl.
Trochę kusi mnie to wyzwanie, pierwszy jego wariant czyli 7/7. To znaczy – kusi i nie kusi. Mam sporo ubrań. Czy jest sens się tak ograniczać i skazać na zapomnienie i nienoszenie tyle fajnych rzeczy? Czy mój tryb życia i pracy pozwoli na tak ograniczyć ilość i równocześnie ubierać się w moim stylu?
Na razie myślę o tym. Może wprowadzę w czyn jakiś wariant oparty na innych liczbach 🙂
A może blogerka modowa powinna w każdym poście pokazywać same nowości. I co chwilę organizować wyprzedaże swoich „tylko raz założonych do zdjęć” ubrań.
Ciekawa jestem co o tym sądzicie?
Aby pozostać w zgodzie z detoxem szafy i minimalizmem – na mnie dziś czarno-biała stylistyka i czarno-biały klasyk złożony z samych starych rzeczy 🙂
spodnie – ZARA (po akcji skracania), z czasów gdy ubrania szyli jeszcze w Hiszpanii.
bluzka – Christian Beg via sh. Zgodnie z teorią, że jeżeli tam wygląda dobrze – to znaczy, że dużo prań jeszcze zniesie.
płaszcz – uszyty dla mnie kiedyś z alpaki. Nie widać śladów użytkowania, zero zmechacenia, skołtunienia i innych niechcianych zdobień.
buty – kupiłam z 10 lat temu. Jakoś teraz pasują 🙂
torebka – Prima Moda, model dość klasyczny, pewnie długo posłuży.
okulary – net-a-porter – jedyna w miarę nowa rzecz w zestawie.

















