



Alcacovas. Niewielkie portugalskie miasteczko. Ciche i puste.
Kiedyś odegrało ważną historycznie rolę. Niektóre budynki pamiętają pewnie jeszcze spotkanie królów Kastylii i Portugalii i podpisanie umowy, która zapewniła władzę Portugalii na oceanie.
Teraz nie spotykamy królów. Teraz miejscowi mężczyźni pochowani w knajpach ustalają wyższość jednego klubu piłkarskiego nad drugim. Kobiety gotują. Snujemy się po uliczkach i wąchamy zapachy smażonego czosnku.
Za kolejnym rogiem natykamy się na … no właśnie. Szkoła do nauki dla torreadrów. Może jednak nasze miasteczko nie jest tak uśpione, jak myśleliśmy wcześniej.
Na udającym jednokołowy rower przyrządzie dzieci uczą się zabijania byków. Portugalska edukacja kontynuuje okrutną tradycję korridy.
Przestało być sennie w miasteczku. Co jeszcze kryje się za tymi ścianami?
„Olá, bom dia” mówi Waldek do otwierającego garaż „odrobiny mężczyzny”.
„Français, English?” pyta nas. „Grasz w ping ponga?” „Wiesz, napisałem książkę” mówi i wyciąga ze starego samochodu nowiutki egzemplarz.
„Jestem pacyfistą, 20 lat byłem w Angoli”. „W tym domu urodziłem się i w nim umarła moja matka”. „Ja też w nim umrę” – mówi zadowolony, a my grzecznie przytakujemy.
„Chodźcie, pokażę Wam miejsce do ładnych zdjęć”
Idziemy za nim uliczką, której uroda nie różni się niczym od poprzedniej.
Prowadzi nas do sklepiku z pamiątkami. „Poznajcie moją rodzinę” – mówi przedstawiając dziewczynę w sklepie.
„To żona mojej córki”.
To stanowczo nie jest senne miasteczko.
po Alcacovas spacerowałam ubrana w:
spodnie i buty – ZARA
koszulę – z jakiegoś sklepu, o istnieniu którego zapomniałam
z torebką – Wittchen
piękne zdjęcia zrobił oczywiście Waldek












